Szkoła Podstawowa im. Jana Pawła II w Paprotni
Dziennik z podróży w Tatry i w Pieniny
Dzień pierwszy – na szczycie Gubałówki
Ten dzień zaczął się pięknie. Klasy piąte i jedna siódma zebrały się przed Szkołą Podstawową imienia Jana Pawła II. Każdy z zebranych był zniecierpliwiony, nie mógł się doczekać, kiedy w końcu pojedzie w niezwykłą i niezapomnianą podróż.
Autokar ruszył, każdy był podekscytowany tym, co go spotka i jakie widoki ujrzy podczas tych, kto wie, może najlepszych czterech dni w jego życiu. Z tych czterech dni opiszę tylko pierwszy. A więc zacznijmy od początku. Wyjechaliśmy. Na początku Mazowsze zachwycało pięknem widoków równin. Potem Małopolska oczarowała nas widokiem owiec pasących się w górach i widokiem samych ośnieżonych gór. Te pejzaże zapierały dech w piersiach, były tak piękne, że nawet nie da się tego opisać.
Pierwszym punktem wycieczki było Zakopane. Wjechaliśmy na Gubałówkę kolejką zębatą. Na Gubałówce wykonaliśmy kilka grupowych zdjęć, a potem można było kupić sobie pamiątki. Gdy już każdy zaopatrzył się w suweniry, wśród których królował magnes na lodówkę, zaczęliśmy schodzić ze szczytu Gubałówki na pieszo. Ścieżka, którą szliśmy była bardzo kamienista i stroma. Gdy dotarliśmy na dół, czyli na Krupówki, można było nabyć oscypki, a nawet zjeść je grillowane i z żurawiną. Potem pojechaliśmy do pensjonatu, gdzie spędziliśmy trzy najbliższe noce.
Maja Szydłowska
Dzień drugi – Morskie Oko
Po obfitym i smacznym śniadaniu ruszyliśmy w drogę nad Morskie Oko. Droga nie należała do najtrudniejszych, bo w większości pokrywał ją asfalt lecz momentami była ciężka i dość długa. Co chwila rozlegały się śmiechy, żarty i rozmowy uczestników tej wyprawy.
Po dotarciu do celu, jakim było Schronisko nad Morskim Okiem, przyszedł czas na odpoczynek i podziwianie panoramy Tatr. Widzieliśmy szczyty Rysów, najwyższej polskiej góry o wysokości 2501 metrów nad poziomem morza, robiących na wszystkich niesamowite wrażenie niewiele niższych Mięguszowieckich Szczytów czy majestatycznego Mnicha.
Wróciliśmy do hotelu, zjedliśmy na obiad pyszny rosół i mieliśmy czas dla siebie, który wykorzystaliśmy na grę w bilard i piłkarzyki. Wycieczka miała na celu nas zintegrować i dać nam poznać piękno tatrzańskiej przyrody. Miło było pójść spać ze świadomością, że otacza nas panorama Tatr.
Choć podróż do Zakopanego trwała a cztery dni, ja opisałam tylko drugi z nich. Bardzo mi się podobał, a cała wycieczka zostanie długo w mojej pamięci.
Alicja Chmielewska i Oliwia Polecka
Dzień trzeci – Dolina Chochołowska i szaflarskie termy
Poszliśmy do Doliny Chochołowskiej. Były przepiękne widoki, podziwialiśmy takie elementy polskiej przyrody jak kwiaty, górskie łąki zwane halami, stąd nazwa całego regionu, Podhale. Naszym oczom ukazywały się również małe jaskinie oraz wodospady, a wreszcie Chochołowskie Wywierzysko, czyli miejsce, gdzie woda bije spod ziemi. Szliśmy dwie godziny w jedną stronę prowadzeni przez pana przewodnika.
Gdy dotarliśmy do schroniska, można było kupić sobie coś do jedzenia i chwilę odpocząć. Potem poszliśmy do kapliczki, gdzie miał brać ślub filmowy Janosik, bo to między innymi w Dolinie Chochołowskiej kręcony był kultowy serial o górskim zbójniku.
Zaczęliśmy schodzić w kierunku parkingu. W środku drogi niektórzy zdecydowali się na zjazd kolejką. Zjechało jedenaście osób, a wśród nich byłam ja. Gdy zjechaliśmy, poszliśmy z panem Karolem na oscypki. Po takim wysiłku okazały się bardzo przepyszne! Wkrótce pojawiła się grupa, która schodziła. Niestety, wykupiliśmy im już wszystkie sery, dlatego piechurzy poszli do innego stoiska. Ruszyliśmy do naszego pensjonatu w miejscowości Murzasichle. Szybko zjedliśmy obiad i poszliśmy spakować plecaki. Grafik był napięty, bo następnym punktem programu były Szaflarskie Baseny Termalne.
Było świetnie! W środku znajdowały się trzy baseny, w tym jeden miał trzy szybkie zjeżdżalnie. Na zewnątrz były dwa baseny. Jeden miał bardzo gorącą wodę, której temperatura wynosiła 36 stopni Celsjusza, drugi za to zjeżdżalnię, tor przeszkód, rwącą rzekę, a niektórzy z nas nawet grali w nim w siatkówkę. Potem poszliśmy do szatni się przebrać i wysuszyć włosy.
W naszym pensjonacie czekało na nas ognisko, ale, niestety, zjedliśmy kiełbaski w środku, bo na zewnątrz wiało i było zimno. Po ognisku część grupy poszła się spakować, a reszta grała w bilard, piłkarzyki albo w ping-ponga. Rano musieliśmy wstać o 6:30, bo pan Karol przewidział trening na 6:00. Śniadanie miało być o godzinie 7:15, a zbiórka przed autobusem o 8:15.
Dzień czwarty – w Pieninach, spływ przełomem Dunajca
Kierowaliśmy się w stronę Czorsztyna, do miejscowości Sromowce Wyżne, gdzie miał się rozpocząć nasz spływ tratwami przełomem Dunajca. Najpierw zostaliśmy podzieleni na dwunastoosobowe grupy wraz z opiekunami. Moja grupa była pod opieką pana Bartłomieja Figuta. Weszliśmy na tratwy, których obsadę stanowiło dwóch panów flisaków, zaopatrzonych w bardzo długie wiosła działające metodą na pych. Widoki były śliczne. Po drodze widzieliśmy Trzy Korony, Sokolicę i ruiny Czerwonego Klasztoru na słowackim brzegu, bo po prawej stronie rzeki znajdowała się Słowacja, a po lewej Polska. Gdy dotarliśmy do Szczawnicy, poszliśmy na stoisko z pamiątkami i innymi drobiazgami. Na parkingu czekał na nas autokar, który wiózł nas do domu.
Podczas drogi śpiewaliśmy piosenki, a potem wstąpiliśmy do McDonalda, gdzie każdy mógł kupić coś do jedzenia. Na koniec zaśpiewaliśmy jeszcze piosenkę pod tytułem ,,To już jest koniec”. Gdy dotarliśmy na szkolny parking, na każdego ktoś czekał. Albo rodzice, albo rodzeństwo. Odebraliśmy walizki, serdecznie przywitaliśmy się z rodziną i udaliśmy się do domu.
Wycieczka bardzo mi się podobała, bo zostało po niej wiele wspomnień. Chciałabym więcej takich wycieczek.
Amelia Brzywczy